Smaczny sposób na upiecznie kilku stereotypów.
RSS
piątek, 15 stycznia 2010

Dawno nic nie pisałem ale czas chyba dalej ruszyć z domorosłą gastronomią. Pierwszy raz w życiu skusiłem się na jakiś konkurs. Amica, kuchnia.tv i Domo zorganizaowały konkurs skandynawskie inspiracje i nie omieszkałem zgłosić swojego pomysłu :)

Pieczona makrela o leśnym aromacie z żurawinowym sosem balsamico i opiekanymi ziemniakami.

Do skomponowania tej potrawy zainspirowały mnie zalesione tereny północy, bliskość mórz okalających Skandynawie jak i produkty goszczące na stołach w tamtym rejonie. Potrawa, którą przygotowałem to pachnąca lasem pieczona makrela o aromacie jałowca i rozmarynu, okraszona słodko-kwaśnym sosem balsamico z żurawiną. Jako dodatek proponuję pieczone ziemniaki z pomidorami koktajlowymi i koperkiem. Jest to bardzo ciekawe połączenie na pozór dość odległych od siebie smaków i aromatów. Jednak jako całość danie doskonale się komponuje i podąża za ideologią kuchni krajów północnych. Żurawinę można zastąpić jeżynami, jagodami lub czarną porzeczką. Ziemniaki jaki i koperek są nieodłączną częścią potraw skandynawskich, a na domiar tego bardzo dobrze wpasowują się jako dodatek do pieczonej ryby.

Składniki:

  • Świeża wypatroszona makrela 200-250 g
  • 2 ząbki czosnku
  • Gałązka rozmarynu
  • Jałowiec
  • Cebula
  • Marchewka
  • 100 ml octu balsamicznego
  • 50 g żurawiny
  • 100 ml rosołu warzywnego (może być z kostki)
  • 5 młodych ziemniaków
  • 5 pomidorków koktajlowych
  • Koperek
  • Oliwa z oliwek
  • Sól morska
  • Pieprz 

Przygotowanie ryby:

Wypatroszoną makrelę należy dokładnie umyć i osączyć papierowym ręcznikiem. Ostrym nożem zrobić prostopadłe do kręgosłupa delikatne nacięcia w odległości jednego centymetra po obu stronach. Około 30 minut przed pieczeniem do ośrodka ryby włożyć rozgniecione ząbki czosnku, kilka zmiażdżonych ziaren jałowca, pokrojoną cebulę, marchewką i gałązkę rozmarynu. Popieprzyć, posolić solą morską i odstawić do lodówki aby aromaty miały możliwość się połączyć.

Sos:

Sos najlepiej przygotować podczas pieczenia ryby. Na patelnie wsypać żurawinę, rozgnieciony jałowiec, wlać ocet balsamiczny i bulion .Redukować na małym ogniu aż sos zgęstnieje.

Przygotowanie potrawy:

W czasie gdy ryba stoi w lodówce należy dokładnie umyć młode ziemniaki, pokroić je na ćwiartki (nie obierać !). Następnie obgotować w delikatnie osolonej wodzie przez 7-10 min. Wyjąć, odcedzić na durszlaku i odstawić aby woda odciekła (jest to warunek aby ziemniaki się przypiekły i były chrupiące).

Rozgrzać piekarnik do temperatury 220 C. Do naczynia żaroodpornego wlać 5 łyżek oliwy z oliwek. Następnie włożyć ziemniaki, dokładnie obtoczyć w oliwie i popieprzyć. Umieścić naczynie z ziemniakami w rozgrzanym piekarniku na najwyższej półce. Po upływie około 15-20 minut gdy ziemniaki delikatnie się zrumienią dołożyć pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe. Zmniejszyć temperaturę do 200 C i przestawić na najniższy poziom ( na górnej będzie piekła się makrela). Na kratce rozłożyć folię aluminiową położyć na niej rybę. Makrele polać oliwy z oliwek tak aby dokładnie ją pokryła. Wstawić na najwyższy poziom piekarnika. Ziemniaki i makrelę piec razem 20 min. Gdy ryba się upiecze, wyjąć wszystko na talerz. Makrelę polać sosem balsamico. Ziemniaki posypać koperkiem a całość doprawić do smaku solą morską i pieprzem.

14:44, fiolkowanie
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 października 2009

"Kariera zawodowa" (nienawidzę tego określenia) w moim wykonaniu wygląda dość abstrakcyjnie. Pamiętam jak kilka lat temu zacząłem na poważnie szukać stałego zatrudnienia. Pierwsza rzecz jaką się dowiedziałem to fakt, że pracodawcy bardzo niechętnie zatrudniają osoby często zmieniające miejsce pracy. Popatrzyłem na swoje CV i dosłownie ręce mi opadły: biurwa ubezpieczeniowe, bałtycki serfer, pomagier, ogrodnik, upierdliwy telemarketer, po prostu Fiołek pracujący, żadnej pracy się nie boję. Mając zapał, chęć, wykształcenie oraz umiejętności i tak szanse na ciekawą pracę były znikome.  O dziwo po zakończeniu studiów udało mi się znaleźć zajęcie zgodną z moim wykształceniem. Przez dłuższy czas pracowałem jako niewolniko-wyrobnik, zająłem się sprzedażą i marketingiem. Nie wiem jak dobrze by brzmiała stopka pod moim firmowym mailem, codzienna ośmiogodzinna praca w biurze przed ekranem komputera, doprowadzała mnie do białej gorączki. Poziom frustracji po ośmiu godzinach siedzenia na fotelu był tak uporczywy i nieznośny, że czasami czułem się jak niewolnik, zamiast krat widziałem niedomytą szybę biura, prestiżowo umieszczonego w samym centrum szczurzej stolicy. Wszechogarniający pracoholizm, wyjałowione życie osobiste współpracowników, brak kolorytu szybko zweryfikował moje wyobrażenia o pracy jako korpoludek. Historia biurowa była szybka ale za to bolesna.

Po przeszło miesiącu bezrobocia, za namową Habibi, napisałem bardzo osobistego maila w sprawie nowej pracy. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko. Potem, spotkanie, rozmowa o pracę, okres próbny i od dziś mogę śmiało powiedzieć, że udało mi sie wślizgnąć do kuchni w szanowanej, warszawskie firmie restauracyjnej.

Szybko, smacznie, rydze i boczniaki alias funghi trifolati

 Czas: Mrugnięcie okiem

Składniki:

  • grzyby ( ja wybrałem rydze i boczniaki ale mogę być grzyby jakie wy lubicie)
  • czosnek
  • oliwa z oliwek
  • pietruszka
  • sól i pieprz

Przygotowanie:

Grzyby nie lubią moczenia w wodzie, i tak w większej części się z niej składają. Po namoczeniu lub dłuższym myciu robią sie nasiąknięte  i tracą swoją konsystencje. Po wrzuceniu na patelnię stają się miękkie, źle wyglądają i są niesmaczne, więc jeśli grzyby nie są brudne wystarczy je delikatnie opłukać a najlepiej oczyścić je delikatną szczoteczką. Na patelni rozgrzać oliwę. Posiekany drobno czosnek wrzucić na rozgrzaną patelnie, po chwili dodać grzyby ( najlepiej całe tylko bez ogonków). Podsmażyć przez chwilę. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Wyłożyć grzyby na talerz i posypać posiekaną natką pietruszki. Done !!!

22:39, fiolkowanie
Link Komentarze (4) »
sobota, 03 października 2009

Przyznam się, że miewam czasem zakupowe fobie i leki, zwłaszcza w sytuacji jak mam do kupienia kilka produktów, niestety niedostępnych w osiedlowym sklepie i muszę wyruszyć do supermarketu. W wielkich halach zakupowych czuję się zagubiony, nie wiem w jakim kierunku mam się poruszać, natłok produktów i ich  merchandisingowe ustawienie doprowadza mnie do zawrotów głowy. Latam jak oszalały z pustym koszykiem i co chwilę pytam się ekspedientek czy dostane "to", gdzie leżą "te", chcę wyjść stamtąd jak najszybciej. Na dłuższą metę jest to bardzo męczące i frustrująca. Przeważnie wychodzę niezadowolony, zawartość koszyka nie do końca mnie satysfakcjonuje a cena jaką trzeba zapłacić, za tą wątpliwą przyjemność, prosi sie o pomstę. Nie wspominając już o omamionych rodzinach, z uśmiechami od ucha do ucha, jakby ktoś narobił im w kieszeń, latających w szale zakupowym i spędzających swoje wymarzone, niedzielne popołudnie.

Na szczęście jest ucieczką od tak apokaliptycznej wizji zakupów.

Uwielbiam robić zakupy na warszawskich bazarach. W sezonie wiosenno-letnim najczęściej wybieram się na ursynowski "Dołek" lub "Na skraju". Są to miejsca bardzo bliskie mojemu dzieciństwu. Bieganie, rozróby między straganami, kupowanie prezerwatyw (na śmigus-dyngus) i petard "korsarzy" było rytualnym zajęcie wszystkich chłopców z mojego osiedla. Teraz petardy zamieniłem na szparagi a prezerwatywy na młode ziemniaki.

Od dłuższego czasu zbierałem sie, żeby odwiedzić bazar za Halą Mirowską. Słyszałem bardzo dużo dobrych rzeczy o tym miejscu i produktach tam dostępnych, które w milej straganowej atmosferze można tam kupić. Jako, że człowiek na bezrobociu ma bardzo dużo wolnego czasu, postanowiliśmy z Habibi zrobić sobie małą przyjemność. Wybraliśmy się w środę poszperać trochę po wąskich uliczkach i straganach. Oprócz tego, że zakupy w takim miejscu sprawiają bardzo dużo przyjemności, można się zaopatrzyć w świeże, polskie i smaczne produkty. Nieoceniona jest możliwość kupienia za bezcen udźca z młodego barana, jagnięciny, wiejskich jajek od kury zielononóżki, rydzy i innych grzybów, szpinaku, świeżych mazurskich okoni (można tak wymieniać...) a wystarczy do tego dodać jedzenie czosnkowej kiełbasy, zagryzanej wielkimi kiszonymi ogórkami, prosto z drewnianej beczki oraz wiejskim chlebem na zakwasie i mamy bazarowy cud w całej okazałości.

Martwi mnie jednak bardzo jeden fakt. Na całym świecie bazary przyciągają turystów, handlarzy, rolników (producentów), kupców, rybaków, kucharzy - celebrytów a w Polsce władze miast uważają takie zjawisko za "wiochę". Nie potrafią docenić jakie wartości niosą za sobą takie miejsca i jaki mają wpływ na rozwój zdrowego, wysoko jakościowego i ekologicznego jedzenia. Władze lobbują duży przemysł rolniczy i spożywczy kosztem małych, rzetelnych i wartych zaufania producentów.  Niestety oprócz znikania z mapy naszych miast małych sklepów oraz bazarów takie postępowanie ma o wiele szersze i bardziej zgubne skutki dla nas, gastronomi jak i całej gospodarki rolno-spożywczej.

Następne miejsce jakie chciałbym odwiedzić to bazar w Falenicy. Wybieram się tam po uwielbiany przeze mnie polski, kozi ser :)

Za zdjecia dziękuje Habibi :*

 

13:11, fiolkowanie
Link Komentarze (3) »
środa, 30 września 2009

Zafascynowała mnie ostatnio idea i metodologiczne podejście do gastronomii jako filozofii i nauki o smaku. Łączącej w sobie wszystkie nauki w imię dobrego smaku, zdrowia i przyjemności. Przytoczę może definicję, która jako pierwszy, nieśmiało, sformułował w pierwszej połowie XIX w. Jean-Anthelmme Brillant-Sevarina w traktacie "Fizjologia smaku":

"Gastronomia jest racjonalną znajomością wszystkiego tego, co się odnosi do człowieka jako istoty odżywiającej się... To właśnie ona zachęca do działania rolników, winiarzy, rybaków i kucharzy bez względu na tytuł albo specjalność, pod którą ukrywają oni swój udział w przygotowywaniu pożywienia. Gastronomia należy do: historii naturalnej, z powodu klasyfikacji, jaką obejmuje substancje pokarmowe; fizyki, z powodu różnych analiz i rozbiorów, jakimi je poddajemy, do kuchni, z powodu sztuki przygotowywania posiłków w taki sposób, aby były przyjemne w smaku; do handlu, z powodu poszukiwania sposobów kupowania składników po możliwie najniższych cenach i do jak najkorzystniejszego zbywania tego, co przeznacz na sprzedaż; do ekonomii politycznej, z powodu zasobów, jakie poddaje opodatkowaniu, i środków wymiany, jakie ustala między narodami" 

W dzisiejszych czasach dołączyć można jeszcze botanikę, chemie, zootechnikę, ekologie, antropologie, socjologie, geopolitykę, fizjologie, medycynę, epistemiologię i tworzy się tak obszerny temat, obok którego człowiek nie powinien przechodzić obojętnie bowiem jest to nauka, która tyczy sie każdego z nas. Ma ona wpływ na nasze życie, zdrowie i satysfakcje jaką daje jedzenie!

Duży wpływ na mój wpis ma na pewno książka „Slow Food, prawo do smaku”, którą właśnie czytam autorstwa, przewodniczącego międzynarodowego ruchu slow food, Carola Petriniego. Łechcze ona znakomicie moje antyglobalistyczne poglądy i w znakomity sposób obrazuje jaki zgubny wpływ mają duże koncerny spożywcze na ekosystem ziemi, zubożenie bogactwa gatunkowego roślin i zwierząt przez wprowadzanie wysokodajnych, monokulturowych upraw oraz hodowli. Jest to bardzo ciekawa, niemalże, rozprawka filozoficzna na temat smaku, przyjemności i pochodzenia półproduktów, którymi żywimy się na co dzień. Pomysłem jak ocalić gatunki warzyw, roślin oraz zwierząt, które przez powstanie po drugiej wojnie światowej tzw. „przemysłu” hodowlanego, rolnego i spożywczego w zaskakującym tempie znikają z naszej planety i odchodzą w zapomnienie.

 Jedynym rozwiązaniem aby poprawiła się sytuacja na naszych talerzach jest zrozumienie problemu i zaangażowanie sie w walkę o prawo do dobrego smaku. Niestety jest to w naszym kraju bardzo trudne. Nie złapalismy jeszcze oddech po blisko 50 latach komunizmu. W tym czasie narzucono nam ten sam chleb od Gdańska po Kraków, tę samą kiełbasę podwawelską robioną w masarniach na terenie całej Polski, te same gatunki wódki Polmos czy masła.  Nie mówiąc już o problemach pojawiających się gdy, tak jak ja, mieszkamy na blokowisku w centrum wielkiego miasta a w dodatku spoglądamy na świat z 9 piętra. Niestety nie mam możliwości kupna warzyw bezpośrednio od hodowców ekologicznych upraw, balkon jest tak mały, że ledwo zmieściła by sie jedna sadzonka pomidora czy ziemniaka :) Jednak aby choć trochę zbliżyć sie do tej ideologii zajadam się sezonowymi warzywami z okolicznych bazarów (szpinak, szparagi, młode ziemniaki itp.) oraz plonami rodzinnej działki. Sam w ramach aktywności założyłem na parapecie spóźnioną, eksperymentalną i ekologiczną hodowlę ziół.

Bazylia cytrynowa (Ocimum basilicum)

Bazylia cytrynowa (ocimum basilicum)

Oregano, Lebiodka pospolita (Origanum vulgara)

Bazylia czerwonolistna (Ocimum basilicum)

Kolendra (Coriandrum sativum)

Mięta pieprzowa (Mentha piperita)

 

 

 

17:25, fiolkowanie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 września 2009

Włoską kuchnie uwielbiam za jej prostotę, mączne gnioty i sos pomidorowy. Jest to chyba najbardziej popularna kuchnia na świecie ale co dziwnego, ciężko znaleźć w Warszawie knajpę, gdzie serwują prawdziwe, proste i świeże włoskiej jedzenie. Zazwyczaj możemy uświadczyć placków zatopionych w morzu żółtego, tłustego sera, niepotrzebnych, niesmacznych dodatków. Niestety nikt nie zwraca uwagi na jakość i świeżość produktów, które tak naprawdę świadczą o włoskiej kuchni. Przyzwyczajono nas uważać, że rozgotowany makaron zalany niesmaczną czerwoną papką to spaghetti bolognese, mielonka kupiona u najtańszego hurtownika to szynka parmeńska, a ser „królewski” urasta do miana mozarelli czy parmezanu.  Prawie żaden restaurator nie pokusi się by zrobić własny makaron! Nie wspomnę już o kilku innych idiotyzmach, typu ketchup jako dodatek, na widok, których podskakuje mi ciśnienie. Zgroza!

Przypomniała mi się kulinarna anegdota, która miała miejsce w Amsterdamie około 12 lat temu. Był ostatni dzień mojego wyjazdu. Część moich znajomych sprzątała mieszkanie, ja gotowałem obiad (spaghetti) a Włosi, czekający na kwaterę siedzieli i gawędzili w salonie. Widziałem, że byli zmęczeni i zniecierpliwieni. Powiedziałem im, że gotuję makaron i zaproponowałem wspólny obiad. W jednej chwili pojawił się uśmiech na ich twarzach. Kiedy z ciekawości zajrzeli do garnka, gdzie znajdował się jakiś gniot zalany sosem z puszki, ich miny zrzedły. Podziękowali mi serdecznie. Po czym sami ugotowali sobie makaron, polali go jedynie oliwą z oliwek i posypali pieprzem. W tamtych latach byłem naprawdę zdziwiony ich zachowaniem i nie potrafiłem tego zrozumieć. Po kilku podróżach do Włoch wiem już jak smakuje pieczony na drewnie chleb, pizza z południa i północy Italii czy ręcznie wyrabiany, świeży makaron z oliwą z oliwek. Myślę, że to kwintesencja prostego, smacznego jedzenia.

Wracając do restauracji, wspomniałem już wcześniej, że Polacy nie są zbyt wybrednymi klientami, restauratorzy więc, raczej nie muszą sie mierzyć z wyrafinowanymi gustami. Znam jednak kilka miejsc w Warszawie, które z ręką na sercu mogę polecić i powiedzieć, że serwują kuchnie toskańska, sycylijską lub po prostu włoską. Czuć, że potrawy w nich przygotowywane są z pasją i sercem. Nie ma tam zbędnych ozdobników, a w jedzeniu czuć aromat najlepszej klasy oliwy, zapach palonego w piecu drewna, słodycz włoskich pomidorów i południowego słońca. Jednym z takich miejsc jest kabacka Basilia Pizza e Pasta Siciliana. Bardzo przytulne miejsce, panuje tam rodzinna atmosfera, a jedzenie w niej przyrządzane - nie ma sobie równych w stolicy.

Penne z sosem ze świeżych pomidorów i owocami morza

Powoli czuć nieuchronną jesienną szarugę. Z tej okazji z Habibi postanowiliśmy zrobić sobie małą przyjemności czyli piknik na Kopie Cwila.  Zapakowaliśmy jedzenie wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy aby zdążyć przed zachodem słońca. Pożegnanie lata było smaczne i urokliwe.

Nie wiedziałem, które zdjęcie zamieścić więc, będą obydwa :)

Czas: 15 min

Składniki:

  • makaron penne
  • 5 średnich pomidorów (ja używam pomidorów z działki mojej babci, jak nie macie dostępu do dobrych pomidorów, proponuje kupić całe pomidory w puszce)
  • owoce morza (małże, krewetki, kalmary i ośmiorniczka, proponuje użyć te jakie najbardziej lubicie i umiecie ich nie zadusić)
  • cebula
  • czosnek
  • świeża bazylia
  • pietruszka do dekoracji
  • szczypta cukru
  • oliwa z pierwszego tłoczenia
  • łyżka masła
  • sól i pieprz

Przygotowanie:

Zagotować makaron. Pomidory sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki i pokroić. Owoce morza osuszyć i na bardzo rozgrzanej patelnie przez chwilę obsmażyć. Jeśli używa się kalmarów i ośmiornic trzeba uważać, żeby nie zrobiły sie twarde. Na tej samej patelni rozgrzać oliwę i dodać posiekaną cebulę i czosnek. Dodać pomidory. Duszące się sosy doprawić szczyptą cukru, solą i świeżo zmielonym pieprzem. Pod konieć duszenia gdy pomidory zmiękną dodać łyżkę masła (aby sos stał się gładszy oraz aksamitny w smaku) i posiekaną bazylię. Przed wyjęciem z patelni połączyć sos, owoce morza i makaron. Wymieszać wszystko razem tak aby aromatyczny sos miał możliwość dostania się do środka rurek makaronu. Dla dekoracji posypać posiekaną bazylią lub pietruszką.

Danie jest naprawdę bardzo proste i smaczne a do tego daje dużo możliwości. Można łatwo je modyfikować na różna sposoby i zamiast owoców morza można zastosować szynkę parmeńską, płatki parmezanu, marynowany pieprz, łyżkę mascarpone jako dekorację, pieczonego bakłażana, cukinię wszytko zależy od wyobraźni. Uważam też, żeby poczuć co to znaczy dobry sos pomidorowy trzeba ograniczyć składniki do minimum a jakość ich musi być nienaganna.

20:22, fiolkowanie
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 września 2009

Przyszedł w końcu czas na muzyczny tiuning bloga przy okazji koncertu http://www.myspace.com/masshysteri , który odbył sie w zeszły piątek na squcie Elba. Myślę, że to dobra okazja żeby napisać kilka słów na temat idei D.I.Y. i muzyki okraszonej vegańskim jedzeniem.

Idea D.I.Y., w skrócie, polega na samoczynnym wyrabianiu dóbr, nagrywaniu muzyki własnym sumptem i rozpowszechnianiu jej kanałami, które pozwalają sprzedać ją po najniższej cenie tak, aby były dostępne dla wszystkich, organizowaniu koncertów bez udziału sponsorów, wydawaniu zinów itp. Wywodzi się ona bezpośrednio z ruchu punkowo – hardcore’wego, który jest mi bardzo bliski od przeszło 14 lat. Uważam ten ruch społeczno-kulturowy za jedyną słuszną drogę, gdzie kultura może rozwijać się wolna, bez dyktatorów jakimi są koncerny, które ostatnimi czasy mają czelność same tą kulturę kreować. Pod przykrywką szczytnych celów starają się propagować kulturę jako następny towar konsumpcyjny a banalne gusta promują jako najwyższą wartość. Wolność słowa, myśli i działań jednak tyczy sie nie tylko ludzi i kultury ale także zwierząt, które niestety nie mają swojego głosu. Ja jestem zdeklarowanym mięsożercą, uwielbiam jednak vegańską kuchnie, przygotowywaną przez bardziej zaangażowane osoby, bez której nie może obejść się żadna większa impreza. Tu chylę czoła do Kasi G. za jakże zawsze smaczną wegetariańską pizze oraz Vagavanów za najlepsze kofty w mieście.

Skrót D.I.Y. oznacza nic więcej jak "zrób to sam", więc dziś lepie z tej okazji vegańskie samosy. Robiłem je pierwszy raz w życiu. Smakują wybornie !!!  Mam jednak kilka przestróg co do różnych przepisów z książek kucharskich i internetu.

Samosy

 

Czas: przesłuchanie dobrej płyty z muzyką.

Ciasto składniki:

  • 1,5 szklanki mąki
  • 50 g masła roślinnego
  • jogurt naturalny (sojowy jeśli ktoś jest veganem)
  • sól

Masło utrzeć z mąką i solą aż się połączą. Dodać łyżkę jogurtu. Ugniatać do momentu kiedy będzie gładkie i miękkie. W momencie gdy będzie za kruche stopniowo dodawać po łyżeczce jogurtu. Odstawić na 20 min tak aby nie wyschło. W tym czasie przygotować farsz.

W niektórych przepisach można znaleźć proszek do pieczenia. Niestety powoduje on, że ciasto w kontakcie z bardzo rozgrzanym olejem zaczyna smakować sodą i robi się zbyt kruche. Na pewno bardzo dobrym pomysłem jest dodanie klarowanego hinduskiego masła ghee. Bardzo prosto je wykonać, jednak ta wersja dedykowana jest nie dla takich leniuchów jak ja. 

Farsz składniki:

  • 2 średnie ziemniaki
  • kawałek kalafiora (wielkości pięści)
  • cieciorka z puszki
  • świeża mięta
  • suszone liście curry
  • gram masala
  • zmielone nasiona kolendry
  • kumin
  • świeży imbir
  • czosnek
  • świeże liście kolendry lub mięty (ja użyłem mięty akurat to miałem pod ręką)
  • łyżka przecieru pomidorowego (1/2 kwaśnego pomidora)
  • chilli w proszku
  • sól i pieprz
  • olej

Pokrojone w kostkę ziemniaki i kalafiora obgotować jednocześnie w osolonej wodzie . Muszą być delikatnie niedogotowane. Garam masala, kumin, nasiona kolendry, liście curry rozgrzać na patelni następnie wlać olej roślinny i dołożyć czosnek i imbir. Dodać ugotowana warzywa i cieciorkę. Gdy warzywa przejdą aromatem przypraw, doprawić świeżą kolendrom, chilli, solą i pieprzem. Jeśli farsz jest zbyt mdły dodać pomidory lub przecier. 

Ciasto formować w kulki wielkości orzecha  włoskiego. Rozwałkować na placek o średnicy 12-15 cm. Przekroić na pół, prosty brzeg delikatnie skleić tak, aby powstał rożek. Do rożka nałożyć ostudzony farsz. Zakleić samosę. Obsmażyć na głębokim tłuszczy do momentu aż będą złociste i rumiane. Odsączyć z nadmiaru tłuszczy na ręczniku papierowym.

Samosy najlepiej podawać z sosem.

11:30, fiolkowanie
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 września 2009

Bogactwem i różnorodnością kuchni indyjskiej zafascynowałem sie po wizycie w łódzkiej restauracji Ganesh, było to około 2 lata temu. Od tamtego czasu nie potrafię przejść obojętnie obok miejsc gdzie, serwują kuchnie indyjską. Znalazła ona na stałe miejsce w moim sercu więc, pewnie często będzie gościć na blogu. Bardzo też mnie cieszy fakt, że Polacy powoli zaczynają doceniać jedzenie poza domem w dobrych restauracjach a na mapie polski pojawiają sie nowe, ciekawe miejsca gdzie, można zasmakować oryginalnych hinduskich potraw i nie tylko, ale tej tematyce poświęcę inny wpis. Niestety polski rynek restauracyjny nadal jest kulawy, tak, jak kulawe są nasze, polskie gusta kulinarne.

 Szaszłyki tandoori z dipem jogurtowo-mietowym

Na początek wybrałem bardzo proste ale za to niebotycznie smaczne danie/przekąskę. Niestety sam jeszcze borykam się z problemami przy bardziej skomplikowanych przepisach, ale mam kilka niezłych, już wypróbowanych i chętnie sie podzielę. 

Czas: zależy kiedy przychodzą goście i jak nam się spieszy.

Składniki szaszłyk: porcja dla dwóch osób

  • 300 g mielonego mięsa (najlepiej baranina)
  • świeży imbir
  • czosnek
  • cebula
  • dwie czubate łyżki mieszanki przypraw garam masala lub tandoori masala (cierpliwym kucharzom proponuje mieszankę przypraw przygotować samemu)
  • łyżka kuminu rzymskiego
  • łyżka proszku z nasion kolendry
  • olej
  • sól, pieprz
  • patyczki do szaszłyków
  • mąka 

Składniki sos:

  • gęsty jogurt (najczęściej dostępny w sklepach jest grecki lub bałkański)
  • świeża mięta
  • sok z ćwiartki cytryny 

Wykonanie:

Mięso wyłożyć do dużej miski. Wsypać wszystkie przyprawy, wcisnąć imbir i czosnek. Posiekać cebulę bardzo drobno i też dodać do mięsa. Dokładnie wymieszać i wstawić do lodówki na 30 min, żeby mięso przeszło aromatem przypraw. Po trzydziestu minutach wyjąć mięso z lodówki. Na patyczkach uformować szaszłyki, delikatnie je obtoczyć w mące i włożyć na rozgrzany olej. W czasie jak szaszłyki się smażą, wyjąć do miseczki jogurt, posiekać mięta (niezbyt drobno) i wymieszać. Tak naprawdę gdy szaszłyki się usmażą danie jest gotowe. Teraz wystarczy ładnie je podać i cieszyć sie ich aromatem i smakiem.

Mam małą wskazówkę. Szaszłyki najlepiej smakują grillowane. Jako dodatki proponuje podać placki nan (można je kupić w sklepach z indyjskimi produktami) i ryż jaśminowy.

15:57, fiolkowanie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 września 2009

Wydaje mi się, że dla niektórych mężczyzn gotowanie to jakaś tajemna magia do której dostęp mają jedynie kobiety "Panie domu i Boginie ogniska domowego". Książki kuchenne to tajne zaklęcia niezrozumiałe dla zwykłego zjadacza chleba. W razie głodu istnieją jedynie puszki, gotowa dania ze słoika, niezłomne kanapki z szynką i żółtym serem (opcjonalnie zalane kechupem, który potrafi zadusić smak nawet najlepszej kanapki) a gdy jest już naprawdę źle to kebab w budce na centralnym. Żeby nie wyjść na hipokrytę, chcę tylko zaznaczyć, że nie mam nic do "kebabów" i kanapek, sam je bardzo lubię ale o tym kiedy indziej.

Wychodzę z założenia, że gotowanie jest naprawdę proste i przyjemne. Wystarczy chwilę pomyśleć, a w razie wątpliwości sięgnąć po jakąś mądrą literaturę. Czas, który poświęcamy na ugotowanie fasolki po bretońsku, okazuje się nagle kwadransem, w którym możemy wyczarować coś naprawdę pomysłowego, zdrowego i godnego królewskiego podniebienia.

Wracając do tematu chińszczyzny, jest ona dla mnie zdecydowanie niewygodna z tego względu, że ciężko ją wyczarować z produktów dostępnych w supermarketach i sklepach osiedlowych. O wiele bardziej wolę, jak za nieduże pieniądze, przygotuję mi ją wiarygodny kucharz, która ma do tego predyspozycje i przystosowane podniebienie. Niestety kolendra azjatycka, dobre tofu, pakchoi, świeże shitake, czarny ocet z ryżu bądź cydru itp. produkty są niedostępne nawet w dużych hipermarketach a dobrze wyposażonych sklepów z azjatyckimi produktami jest jak na lekarstwo. Jednak przy odrobinie fantazji możemy w 20 minut choć na chwile zbliżyć się, z punktu widzenia europejczyka, do tak egzotycznej kultury i co za tym idzie jedzenia.

Danie, które jest sfotografowane poniżej przyszło mi do głowy pół godziny  przed wyjściem z domu. Bez ogródek więc, można je nazwać quasi chińszczyzną, ale zapewniam jest przepyszne i ma się o niebo lepiej od gołąbków, kanapek czy pulpetów w sosie pseudo pomidorowym.

Pikantne warzywa z imbirem, marynowanym kurczakiem w sosie ostrygowo-sojowym 

Czas: w którym gotuje się ryż

Składniki:

  1. Pierś z kurczaka
  2. Papryka (czerwona, zielona i żółta)
  3. Marchewka
  4. Imbir
  5. Pieczarki
  6. Cebula
  7. Czosnek
  8. Chilli
  9. Pieprz świeżo zmielony
  10. Ocet ryżowy, sos sojowy, sos ostrygowy

Jako "wypełniacz" proponuję makaron ryżowy, sojowy, ryż itp. ja eksperymentalnie wykorzystałem kaszę kukurydzianą, którą też polecam.

Wykonanie:

Warzywa (marchew, cebulę, paprykę) pokroić w drobne paski. Pieczarek nie siekać, ścierać na tarce tylko pokroić w taki sposób, żeby było widać kształt i fakturę grzyba! Czosnek drobno posiekać. Kurczaka pokroić na małe kawałki, wsadzić do miski i zalać na chwilę octem ryżowym i sosem sojowym. Na dużym palniku bardzo mocno rozgrzać patelnie/wook, wlać trochę oleju, wrzucić posiekany czosnek, cebulę, pieczarki i imbir. Podsmażyć trochę ciągle mieszając, żeby nic sie nie przypaliło. Dołożyć kurczaka wraz z sosem w którym stał, wrzucić na patelnie cały czas mieszając. Po minucie dodać resztę warzyw i chilli. Dolać sos ostrygowy i smażyć, aż warzywa trochę zmiękną, a kurczak się usmaży. Dosypać do smaku trochę pieprzu, doprawić sosem sojowym i ostrygowym.

Proponuje kurczaka zamarynować dzień wcześniej, wtedy będzie na pewno smaczniejszy.

19:33, fiolkowanie
Link Komentarze (4) »
środa, 16 września 2009

Przypomniała mi się rozmowa, którą przeprowadziłem mniej więcej rok temu. Tyczyła sie ona blogów. Wtedy, pisanie bloga było dla mnie czymś nie do końca zrozumiałym. Uważałem to za formę ekshibicjonizmu i nie potrafiłem zrozumieć co kieruje ludźmi do takiej formy ekspresji. Od tamtego czasu dużo się nie zmieniło w moim myśleniu na ten temat. Staranie się zrozumieć przyczyn i pobudek dla których ludzie piszą blogi jest syzyfową praca z góry skazującą człowieka na wieczną udrękę. Przyrównałbym to do próbowania zgłebienia natury i myśli ludzkiej. Jest tylko jedna mała różnica, teraz mam mniej sceptyczne podejście do blogów. Sam doszedłem do wniosku, że może to być świetna zabawa i przy okazji można podzielić się przepisami, zapisanymi w zeszytach i na kartkach mojej pamięci.

Tosty...

Habibi, która pokazała mi świat blogów i dała możliwość poznania tego dość specyficznego wirtualnego świata, uraczyła mnie ostatnio takim zadanie "Fiołek ty chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że tak naprawdę dałam się poderwać na te grzanki o których trąbiłeś od pierwszej randki". Coś w tym jest ale ja wiem jedno, wyglądają malarsko, mają niebiański smak i fakturę. Siła ich drzemie w prostocie oraz w tym, że potrafią umilić nawet najbardziej ponury, deszczowy, niedzielny poranek.

Uwielbiam w nich to, że pierwszy kęs nie daje nadziei na jakieś kulinarne orgazmiczne doznania.  Jednak uzbrojenie w cierpliwość wynagrodzone jest gładkim i kremowym żółtkiem, które frywolnie rozlewa się po całej grzance, łącząc się z chrupiącym bekonem i świeżą, orzechową rukolą...

Czas: zaparzenie aromatycznej porannej kawy

Składniki:

  1. Pieczywo tostowe
  2. Pancetta lub bekon
  3. Rukola
  4. Oliwa z oliwek
  5. Masło
  6. Świeżo mielony pieprz
  7. Sól

Wykonanie:

Bekon lub pancettę wrzucić na rozgrzaną patelnie bez tłuszczu (jeśli bekon jest chudy można dodać odrobinę oleju). Smażyć do momentu aż się zrumieni i zrobi chrupiący. Odłożyć na talerz, żeby trochę ostygł. Pieczywo delikatnie skropić oliwą i opiec w tosterze. W tym samy czasie na patelnię w której smażyliśmy bekon dodać masło i rozbić delikatnie jajko tak żeby nie naruszyć żółtka. Patelnie przykrywamy pokrywką. Jajka są gotowe po kilku minutach. Na opieczony chleb tostowy nałożyć rukolę potem bekon a grzankę uwieńczyć jajkiem sadzonym. Posypać wszystko do smaku solą i świeżo mielonym pieprzem. Grzanki heartbreakerki są gotowe !

14:19, fiolkowanie
Link Komentarze (5) »

Miewam czasem takie uczucie, jak widzę kogoś z nożem w kuchni, że mam ochotę do niego podejść i ordynarnie wyrwać mu go z ręki, dalej zabrać się samemu za krojenie, obieranie, smażenie, pieczenie, gotowanie, duszenie i inne czynności, które sprawiają mi niesamowitą przyjemność oraz satysfakcję. W tych momentach orientuję się i czuję jaka radość płynie przez moje ciało, gdy mogę zrobić coś smacznego do jedzenia.

Przez długi czas robiłem to z dziecięcą nieśmiałością w zaciszu mojego rodzinnego domu. Chciałem jedynie zjeść to co lubię i mieć możliwości poznawania świata przypraw, ziół, mięs, warzyw oraz smakowania kuchni innych niż schabowy z dużą ilością ziemniaków i mizerią. Przez długi czas nie docierały do mnie sygnały od domowników, że potrawy, które robie są naprawdę smaczne. Zupełnie nie interesowało mnie co mówią inni, ważna była jedynie możliwość poznania nowego smaku, wypróbowania nowej orientalnej potrawy i egoizm moich kubków smakowych.

Zacząłem krzątać się po domowej kuchni i podkradzione produkty, jak na laika przystało, zaduszać na rozgrzanej patelni jak miałem około 16 może 17 lat. Nie zdawałem sobie wtedy zupełnie sprawy, jaka może to być fascynująca przygoda, która tak naprawdę chyba nigdy się nie skończy. Teraz  będąc o krok od 30-stki zrozumiałem jaki rewolucyjny wpływ miały moje ekscesy kuchenne na cały mój dom. Jak zmieniły się poglądy żywieniowe mojego skostniałego, konserwatywnego ojca oraz reszty, wychowanej na mielonym i piątkowej rybie z kiszoną kapustą domowników.

Jednak kuchnia to nie tylko dom i kuchenka gazowa a co w bardziej wylansowanych salonach kuchennych, wyglądających przeważnie jak prosektoria, płyta elektryczna na której kompletnie nie da się nic przygotować (no może oprócz, wody, jajek na twardo i wysuszonej na wiór jajecznicy). Zabrzmi to może prozaicznie, ale to także miejsca do których kocham wracać na dobre, smaczne jedzenie oraz ludzie i atmosfera wdychana wraz z zapachem świeżych potraw przyprawiających o zawrót głowy.

Wrażliwość, namiętność, chęć poznawania nowych rzeczy, odkrywania świata - po tym bardzo łatwo poznać w jaki sposób się odżywiamy, co i gdzie jemy, oraz ile uwagi i czasu temu poświęcamy. Jest to prawda, która w moich oczach bardzo często się sprawdza. Myślę, że warto spojrzeć czasem na świat przez pryzmat kuchni i tego co jemy na co dzień.

00:01, fiolkowanie
Link Komentarze (2) »
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30